Nagle zaczęły wracać obrazy, konkretne miejsca i emocje. To niesamowite, jak mocno muzyka potrafi uruchamiać wspomnienia.
Zrobiłeś dla nas piękną ambientową playlistę. W jakich warunkach najlepiej jej słuchać?
To raczej muzyka do słuchania w domu, na kanapie. Nie powiedziałbym, że to muzyka do słuchania gdzieś w naturze, podczas spaceru – to byłoby trochę bez sensu. Nie ma przecież piękniejszego ambientu niż same dźwięki natury. W domu natomiast sprawdza się idealnie.
Ja sam nie lubię słuchać muzyki w ruchu, kiedy przemieszczam się przez jakąś przestrzeń. Wolę słuchać tego, co dzieje się dookoła. Bardzo często, kiedy tylko mogę, uciekam nad morze albo do lasu – choć właściwie częściej do lasu. I czasami widzę ludzi spacerujących po lesie odcinając się od otoczenia słuchawkami. Wtedy myślę sobie: „Ej, ale dlaczego?”. Przecież wokół są tak piękne dźwięki – śpiew ptaków, szum drzew. Zwłaszcza teraz, wiosną, kiedy natura brzmi najmocniej.
Ostatnio pracowałem przy tej muzyce – siedziałem przy komputerze, robiłem coś bardzo mozolnego i słuchało się tego świetnie jako muzyki tła.
Czy wszystkie płyty, które umieściłeś na playliście, masz w sklepie?
Muszę sprawdzić, co tutaj mamy. Na pewno na playliście znalazł się utwór z płyty Aus Isoda - Interwoven. To efekt współpracy japońskiego mistrza New Age Ken-ichiro Isody i Aus - młodego producenta z Tokio, który został wydany przez jeden z moich ulubionych europejskich labeli We Release What The Fuck We Want.
To przepiękna muzyka środowiskowa – trochę new age’u, trochę ambientu, sporo field recordingu i brzmień natury. Bardzo sentymentalna, niezwykle urocza płyta. Jedna z moich ulubionych i jedna z tych, które zabrałem do domu.
Jest też utwór z najnowszego albumu Meeting by Chance, za którym stoi Marcin Cichy z grupy Skalpel. Świetny album, który również wylądował w mojej prywatnej kolekcji.
Generalnie większość utworów na playliście pochodzi z albumów, które jeszcze są lub były kiedyś w Sonarze, ale nakłady już się wyprzedały. Tak to już jest, że piękne płyty znikają z półek szybko.
A jak wygląda selekcja płyt na tej Twojej ścianie?
Ta ścianka to w zasadzie zbiór płyt, które polecam, które po prostu lubię, albo które mnie w jakiś sposób zaintrygowały i wzbudziły emocje. Stwierdziłem, że muszą się tutaj znaleźć, aby osoby mnie odwiedzające mogły na nie zwrócić uwagę - bo warto! Zresztą ta selekcja dosyć często się zmienia. Na tej mojej "kuratorskiej ściance chwały" znajdziecie płyty bez ograniczeń gatunkowych. To dlatego, że słucham chyba wszystkiego i naprawdę wiele rzeczy mnie porusza. Zresztą dobrze widać to po mojej kolekcji płyt i samej selekcji katalogu.
Przyznam, że poszukiwanie nowych ciekawych wydawnictw to jedno z tych zajęć, które zajmuje mi najwięcej czasu w pracy. Z resztą, to bardzo przyjemne zajęcie.
Na playliście znalazło się dużo ambientu, skąd ta fascynacja?
Teraz półki uginają mi się od ambientu, bo jestem na etapie, w którym ten gatunek jest mi najbliższy. Jeszcze kilka lat temu było zupełnie inaczej – dominowała u mnie muzyka etniczna, głównie afrykańska. Jakieś dwa–trzy lata temu byłem totalnie zanurzony w tych brzmieniach. Wszystko kręciło się wokół Afryki, muzyki tradycyjnej i różnych stylistycznych mieszanek. Szczególnie bliska jest mi elektronika inspirowana muzyką etniczną – uwielbiam takie połączenia.
Mam też wrażenie, że ambient stał się dziś ludziom wyjątkowo potrzebny. Żyjemy w bardzo przebodźcowanych czasach. Wszystko dzieje się szybko, instant – Instagram, rolki, krótkie formy. Wszystko musi trwać maksymalnie trzydzieści sekund, bo później tracimy uwagę.
Czytałem ostatnio, że dla wielu osób nawet posty na Instagramie są już za długie. Ludzie nie są w stanie przeczytać całego tekstu, bo od razu scrollują dalej. I tę tendencję widać też w muzyce. Albumy stają się coraz krótsze. Kiedyś płyta trwała czterdzieści pięć minut albo godzinę, dziś często zamyka się w trzydziestu minutach.
Muzyka ambientowa działa jednak trochę inaczej. To muzyka środowiskowa – czasem oddaje przestrzeń, czasem ją wręcz wypełnia. I właśnie dlatego jest dla mnie tak wyjątkowa. Mam wrażenie, że ambient potrafi budować nowe emocje, a nawet kreować wspomnienia. Jakby kolorował je na nowo i nadawał im zupełnie inny wymiar. Uspokaja i próbuje Cię zatrzymać.
Ambient może stać się również multi-sensoryczna przygodą.
Jest taki producent Hiroki Takahashi, założyciel labelu Kankyo Records i właściciel małego sklepiku z ambientem w Tokio, który stworzył serię kaset, do których dołączony jest olejek eteryczny. Zapach jest tłem do odbioru muzyki. Najciekawsze jest to, że cały proces zaczyna się włąsnie od zapachu. Najpierw powstaje olejek eteryczny, a dopiero później budowana jest wokół niego muzyka. Włączasz magnetofon i dyfuzor aby zanurzyć się jeszcze bardziej w muzyce. Piękne! Takie rzeczy tylko w Japonii.
Chcesz opowiedzieć trochę o swojej przygodzie z Japonią?
Od kilku lat, odkąd Japonia stała się tak popularna, ta muzyka w końcu ma swoje pięć minut. I bardzo dobrze, bo wcześniej właściwie mało kto ją znał. Owszem, byli ludzie, którzy siedzieli w tym głęboko – szukali, odkrywali te nagrania – ale funkcjonowało to raczej w niszy. Dzisiaj trafia do znacznie szerszego grona odbiorców i bardzo mnie to cieszy. Od muzyki zaczęła się również moja fascynacja tym krajem. Fascynacja, która po pierwszej wizycie przeobraziła się coś w rodzaju uzależnienia.
To, co robi na mnie największe wrażenie, to podejście Japończyków do pracy, wspólnoty i codziennych obowiązków. Nieważne, czy ktoś jest kierowcą autobusu, konduktorem w pociągu czy osobą kierującą ruchem – każdy wykonuje swoją rolę z pełnym zaangażowaniem i szacunkiem. Patrzysz na to i myślisz: „wow”. Nawet konduktor przechodzący przez wagon robi wszystko z niezwykłą uważnością i szacunkiem wobec innych. Widać w tym kulturę odpowiedzialności i skupienie. Będąc tam na miejscu masz poczucie, że ten kraj się tobą opiekuje na każdym kroku. Nie wspomnę już o pięknie natury. Obcując z nią, zrozumiałem, skąd bierze się wyjątkowość japońskiego ambientu.
Japonia wydaje się perfekcyjnie poukładana, choć mam świadomość, że rzeczywistość pewnie jest bardziej złożona i chyba nie potrafiłbym tam mieszkać na stałe, ale fascynuje mnie ich dokładność i sposób, w jaki podchodzą do wykonywania rzeczy. Mam wrażenie, że kiedy Japończyk bierze się za coś, oddaje się temu w stu procentach. I to naprawdę widać, słychać i czuć.
Jak to mawia mój serdeczny kolega Piotr Kaliński, Japonia powinna być zapisywana na receptę jako lekarstwo. Podpisuję się pod tym dwiema rękami.
A od jakiej płyty zaczęła się ta fascynacja?
Myślę, że wszystko zaczęło się od płyty Hiroshiego Yoshimury Soundscape 1: Surround. To właśnie ta muzyka była jednym z pierwszych momentów, kiedy naprawdę mocno wszedłem w ten świat.
Surround to niezwykły album, bo został stworzony jako muzyka do domu i powstał na zamówienie japońskiej firmy deweloperskiej / designerskiej. Co ciekawe, wiele jego albumów z tego okresu było finansowanych lub inicjowanych przez firmy związane z designem, architekturą albo technologią. W Japonii lat 80. panowało wtedy przekonanie, że nowoczesna przestrzeń powinna mieć własny krajobraz dźwiękowy - coś pomiędzy muzyką, architekturą i psychologią komfortu. W latach osiemdziesiątych Shiseido wypuściło perfumy i poprosiło Yoshimurę o stworzenie muzyki do kampanii. Tak powstał album Air In Resort. I to jest dla mnie absolutnie niesamowite. Yoshimura stworzył pełnoprawny ambientowy album na potrzeby kampanii reklamowej perfum. Pięknie wydany, pomyślany jako całościowe doświadczenie. Myślę, że to było źródło inspiracji dla wcześniej wspomnianego Hirokiego Takahashi. Wracając do twojego pytania skąd moja fascynacja Japonią… Między innymi właśnie dlatego.
W jaki sposób muzyka na ciebie oddziałuje?
Niektóre płyty trafiają do mnie mocniej niż inne nie tylko przez samą muzykę, ale przez moment, w którym na nie trafiam. Czasem to po prostu zbieg emocji, tęsknoty i wyobraźni, którą muzyka potrafi uruchomić.
Tak było chociażby z płytą Aus Isoda - Interwoven. Ten album stał się dla mnie bardzo bliskim właśnie dlatego, że zacząłem go słuchać w momencie, gdy mocno zatęskniłem za Japonią. Ta muzyka brzmi dla mnie jak ścieżka dźwiękowa do wspomnień o tym kraju, a jeden z utworów powinien mógłby się stać podkładem do filmu o dzielnicy Asakusa – jednej z moich ulubionych dzielnic w Tokio, w której czas zatrzymał się w latach 80. Tam też mieszkał pan Hirayama – główny bohater Perfect Days. Ogólnie ujmując w tych utworach niewiele się dzieje, ale właśnie w tym tkwi ich siła. Ta muzyka otworzyła we mnie nowe pokłady wyobraźni i pamięci. Zadziałała bardzo intensywnie, a jednocześnie niezwykle łagodząco.
Pozornie w tych utworach niewiele się dzieje, ale właśnie w tym tkwi ich siła. Ta muzyka otworzyła we mnie nowe pokłady wyobraźni i pamięci. Zadziałała bardzo intensywnie, a jednocześnie niezwykle łagodząco.